Tales before the Dusk came
Bajki przed nadejściem Zmroku

 

links

tale for today

by numbers

sitelog

write me

anatomy

Hi, this is ...

other links come soon ...

Bajka IV

Działo się to wcale nie tak dawno, za to bardzo daleko, w dziwnym kraju, gdzie mili ludzie zawsze się do siebie uśmiechali, uprzejmie mówiąc dzień dobry, proszę, przepraszam, jak Pani się podoba dzisiejszy wieczór? i wiele innych grzecznych rzeczy tak, aby wszyscy wokół byli zadowoleni. W rzeczywistości mieszkańcy tej krainy niewiele się różnili od nas i od naszych sąsiadów, nosili tylko nieco inne ubrania i dość dziwne imiona, jakich nikt u nas nie używa. Chciałbym dziś opowiedzieć historię o pewnej miłej i grzecznej dziewczynce z tego kraju.
Na pierwszy rzut oka dziewczynka była zwykłą dziewczynką, jakich tysiące mieszkały w owym dalekim kraju. To, że była grzeczna i miła nikogo nie dziwiło, bo jak już powiedziałem wszyscy, czy to dorośli czy dzieci, którzy tam mieszkali byli równie grzeczni, mili i przyjacielscy. Mam nawet na ten temat własną małą teorię - po prostu pierwsze pokolenie mieszkańców postanowiło pewnego dnia, aby być dla siebie sympatycznym i następne generacje naśladując ich zachowanie nie wiedziały nawet, że można być złym, gburowatym i niegrzecznym wobec innych ludzi. Ale Kay, jak nazywał nasza małą bohaterkę jej rodzony dziadek, nie była zwykłą grzeczną dziewczynką. Gdyby przyjrzeć się jej uważniej, a dziadek musiałby to robić szczególnie długo, był bowiem z racji swojego wieku nieco niedowidzący, można było dostrzec w niej nieziemską piękność, na jaką wkrótce wyrośnie. Mówiąc krótko Kayleigh była najpiękniejszą małą dziewczynką nie tylko w swoim ojczystym kraju, ale na całym świecie. I miała wyrosnąć na najpiękniejszą dziewczynę świata, i zostać magiczną królową elfów, zupełnie tak samo jak całkiem inna dziewczyna z brudnego miasta, choć to, jak się zapewne domyślacie, zupełnie inna historia. Kilka rzeczy bardzo dziwnych było związane z Kayleigh. Oczywiście jej niezwykłe imię, jakby wzięte żywcem ze szkockiej piosenki, nikogo nie zdumiewało w tamtym kraju. Za to wszyscy zachwycali się niecodziennym kolorem jej oczu. Nawet dziadek wiedział, że oczy jego ukochanej wnuczki są niezwykłe, zwłaszcza gdy dłużej im się przyglądał zza swoich grubaśnych okularów. Oczy Kayleigh zmieniały kolor - raz były zielone, jak oczy magicznego kota bezszelestnie skradającego się w zakamarkach najpiękniejszych ludzkich uczuć, raz szare jak niebo nad cudownym miastem elfów, zawsze wypełnionym melodią najładniejszych piosenek i nieśmiertelnych wyznań, innym razem niebieskie. A ten kolor niebieski nie był zwyczajnym kolorem niebieskim. Nie była to barwa nieba, ani odcienie morza, czy to w południowej Grecji, czy to w północnej Norwegi, czy gdziekolwiek na naszej ziemi. Kiedy oczy dziewczynki robiły się niebieskie, a działo się to niestety wtedy, gdy była czymś zasmucona lub zamyślona nad zbyt trudnymi sprawami, były koloru oceanu szczęścia na odległej planecie miłości, której istnienia ludzie do tej pory nie potwierdzili swoimi teleskopami szpiegującymi od dziesięcioleci tajemnice kosmosu. Dlatego rozsądni chłopcy nie wierzą w istnienie takiej planety i takiego oceanu. Nic więc dziwnego, że kiedy chcieli opisać oczy Kayleigh jedyne na co mogły się zdobyć ich racjonalne umysły to najpiękniejszy błękit. Tylko dziadek wierzył w ocean szczęścia i opowiadał o nim czasem różnym dzieciom, w tym kilku bardzo rozsądnym kolegom Kay, a kiedy oni nie wierzyli w odległą planetę proponował im, aby spojrzeli w oczy Kayleigh i w nich znaleźli dowów istnienia najpiękniejszego oceanu na najpiękniejszym ze światów. Ale niestety, większość mężczyzn w każdym wieku jest ślepa na kolory i niebieskie oczy nie są dla nich dowodem czegokolwiek, a zwłaszcza istnienia planety, której nie można wykryć żadnym przyrządem astronomicznym. Oczywiście chłopcy w owym kraju byli bardzo dobrze wychowani i nie sprzeczali się ze starszym od nich dziadkiem, ale wychodzili od niego zupełnie nieprzekonani i mówili do siebie, że dziadek opowiada bardzo fajne historie, szkoda tylko, że są to takie bajki dla dziewczynek.
Domyślacie się już pewnie co było głównym zajęciem dziadka Kayleigh w tym dziwnym i dalekim kraju. Opowiadał dzieciom bajki. Były to przeróżne historie, czasem śmieszne, czasem straszne, ale zawsze kończyły się dobrze i zawsze bardzo się wszystkim podobały. Nawet wówczas, gdy nie we wszystko można było uwierzyć.
Dzieci lubiły przychodzić do maleńkiego domku ukrytego w zielonym ogrodzie, w którym mieszkał dziadek Kayleigh. Lubiły słuchać jego opowieści i uwielbiały wiśniową herbatę, którą robił im na podwieczorek, aby, jak mawiał, nie słuchały jego marudzenia na sucho. Najbardziej zapamiętałem historię o herbacianym ludku. Edgar, bo takie dziwne imię nosił dziadek Kay, chociaż oczywiście nie dziwiło ono nikogo w tym dalekim kraju, opowiedział ją dzieciom w pewien zimowy, mroźny wieczór, gdy śnieg powoli spadał z nieba ogromnymi, białymi, lepkimi płatami i okrywał cały świat mięciutką, białą kołderką. Tak pięknie pachniała wówczas ciepła, wiśniowa herbata w przytulnym domku dziadka Edgara. Rozgrzewała zmarznięte brzuszki zgromadzanych przy jego fotelu dzieci, które niecierpliwie czekały na nową historię. Właśnie wtedy Kayleigh pomyślała sobie, że jej dziadek jest najlepszym dziadkiem na całej ziemi, zima jest najpiękniejszą porą roku, a wiśniowa herbata najlepszą rzeczą do picia w takie mroźne popołudnie. Uwierzcie mi, że miała absolutną rację.
Wiecie dlaczego czasem herbata smakuje tak wspaniale, lepiej niż zazwyczaj? zapytał Edgar dzieci, a Kayleigh pomyślała, że jej dziadek chyba umie czytać w myślach, bo dokładnie o to chciała go przed momentem zapytać. Jeśli herbata smakuje tak zupełnie niezwykle, a zwłaszcza, jeśli jest to wiśniowa herbata w zimowe popołudnie, to pewnie zamieszkał w niej herbaciany ludek odpowiedział na swoje pytanie po chwili milczenia. Herbaciany ludek w czarodziejski sposób przenosi się z jednej filiżanki do drugiej i wtedy herbata smakuje magicznie. Właściwie nikt nie wie skąd się wziął i dlaczego tak podróżuje po świecie, ale jedno jest pewne - gdyby w jakiejś chwili nikt na świecie nie pił herbaty, to cały ten maleńki naród umarłby straszną śmiercią. W tym momencie co bardziej wrażliwe dziewczynki pisnęły z przerażenia i przysunęły się bliżej do kolan dziadka Edgara. Ten szybko je uspokoił. Wiecie przecież, że to nigdy nie nastąpi. Na szczęście wciąż na świecie wielu ludzi pije herbatę. Widzicie - dzisiaj my zaparzyliśmy wiśniowy napój, być może ratując życie herbacianym ludzikom. Sami zauważyliście jak dobrze dzisiaj smakuje herbata, którą przecież robiłem w ten sam sposób jak zawsze. Ale to rzecz dowiedziona, że taką najbardziej lubi herbaciany ludek, nic więc dziwnego, że nas w końcu odwiedził.
Potem chłopcy oczywiście chcieli wiedzieć, czy jeśli szybko wypiją całą szklankę do dna to uda im się połknąć jakiegoś herbacianego ludzika. Dziadek jednak rozczarował ich, a ucieszył dziewczynki, którym sam pomysł aby połykać kogoś tak miłego i bezbronnego jak mikroskopijny ludzik ukryty w herbacie wydawał się czymś przeogromnie strasznym, mówiąc, że magiczny sposób przenoszenia się uchroni herbaciany ludek od takiej katastrofy. Chłopcy nie dawali za wygraną i wciąż wymyślali nowe sposoby zgładzenia, lub choćby zobaczenia maleńkich ludzików pływających w ich filiżankach. Jeden z najbardziej pomysłowych nawet wylał na siebie całą herbatę usiłując odwirować z niej herbaciany ludek przy pomocy szybkiego obracania filiżanki umieszczonej pomiędzy dłońmi. Niestety - był to jedyny widoczny efekt tego eksperymentu, bo żaden mały człowieczek nie został odkryty, prawdopodobnie ze względu na zamieszanie, które uniemożliwiało dokładną obserwację. Potem dziadek Edgar usiłował odpowiadać na pytania dziewczynek o stroje noszone przez herbaciany ludek, o to czy mają swojego króla i królową, czy ta królowa jest piękna i jak się nazywa, czy naprawdę wiśniowa herbata najbardziej im odpowiada (a chłopcy spytali skąd o tym wie) i na wiele, wiele innych pytań.
A kiedy już wszystkie pytania doczekały się odpowiedzi, kiedy wszystkie filiżanki były już puste i magiczne ludziki przeniosły się do zupełnie innych filiżanek w zupełnie innym kraju, a zimowy wieczór stał się niepostrzeżenie grudniową nocą, dzieci ze swoimi rodzicami zaczęły się rozchodzić do swoich domów. A kiedy jako ostatnia wyszła Kay ze swoją mamą zostaliśmy w ośnieżonym domku sami: dziadek Edgar, czarna kotka Agja i ja. Zaparzyliśmy na dobranoc kolejną wiśniową herbatę, prawie tak samo dobrą jak ta, która skusiła magiczne ludziki. Agja, jak zwykle, pozostała przy tradycyjnym mleku, piliśmy więc z Edarem naszą herbatę sami. Każdy z nas myślał o swoich sprawach. Ja zastanawiałem się, czy będę kiedyś szczęśliwy, dziadek pewnie myślał o Kayleigh...

start/początek

 

linki

bajka na dziś

według numerów

kronika stron

napisz do mnie

anatomia

Hi, this is ...

kolejne linki wkrótce ...
tales by numbers

tale I

tale III

tale IV

tale V

tale VI

tale VII

tale VIII

tale IX

tale X

tale XIII

tale XIV

tale XV

tale XVI

tale XVII

tale XVIII

tale XIX

tale XX

tale XXI

tale XXII

tale XXIII

tale XXIV

bajki wg numerów

bajka I

bajka III

bajka IV

bajka V

bajka VI

bajka VII

bajka VIII

bajka IX

bajka X

bajka XIII

bajka XIV

bajka XV

bajka XVI

bajka XVII

bajka XVIII

bajka XIX

bajka XX

bajka XXI

bajka XXII

bajka XXIII

bajka XXIV