|
 
 tale for today
 by numbers
 sitelog
 write me
 anatomy
other links come soon ...
|
Bajka XVII
Najbardziej francuskim dziewiętnastowiecznym malarzem Prowansji był Albert Painose, nota bene rodowity Anglik z południowego Essex. Painose, skądinąd średniej klasy pejzażysta, zasłynął jednym, zaskakująco wybitnym obrazem. „Południe w Couleurs” należy do tych nielicznych, mistrzowskich dzieł, których, raz zobaczywszy, nie można zapomnieć. Sceptyków trzeba uprzedzić, że żadna reprodukcja nie jest w stanie oddać rzeczywistej atmosfery i niepowtarzalnego piękna obrazu. Do tej pory nie powstała również zadowalająca kopia, mimo że z wyzwaniem tym mierzyli się artyści najwyższej próby. Lepiej więc nie wypowiadać się na temat klasy „Południa w Couleurs”, jeśli się nie widziało dzieła na własne oczy. Obraz obecnie jest własnością Williama Lourwick, tytularnego Lorda protektora Rhonard, udostępniony dla zwiedzających letnią rezydencję rodu w Mourne, kilkanaście mil na południe od Yorku. Jest perłą tej jednej z najbogatszych prywatnych kolekcji malarstwa na Wyspach. „Południe w Couleurs” znalazło się w posiadaniu rodu Lourwick zaledwie parę lat po swoim powstaniu. Dziadek Sir Wiliama podróżował po Francji ze swoją świeżo poślubioną żoną. Pewnego lipcowego dnia w Prowansji nieoczekiwanie gwałtowna burza zmusiła podróżnych do szukania schronienia w najbliższej oberży. Było to „Pod białą topolą”, niedaleko Couleurs. Właściciel oberży dostał obraz w podarunku od młynarza, u którego mieszkał Painose podczas swojego pierwszego pobytu w okolicy. Wtedy, kiedy malował „Południe”. Pejzaż wisiał w głównej sali, zbierając pochwały gości i sadzę z oświetlających wnętrze lamp naftowych. Zachwycona obrazem Pani Lourwick odkupiła go od oberżysty, przy materialnej pomocy męża, za śmieszną sumę 17 franków. Dziś obraz wart jest około dziesięć milionów razy więcej – przynajmniej według nominalnej sumy, na jaką został ubezpieczony. Wówczas podróżował wśród bagaży Państwa Lourwick, bez żadnych specjalnych środków ostrożności – po prostu jedna z pamiątek, jakie młodzi przywiozą z podróży. Wysłany następnie pocztą z Mediolanu dotarł na Wyspę, której do tej pory nie opuścił. Od początku znalazł swoje miejsce w letniej rezydencji, gdzie według słów Pani Lourwick „dodawał francuskiego czaru chłodnym, angielskim wakacjom”. I tak już od wieku szacowne, wiktoriańskie mury, obecnie nafaszerowane elektroniką najwyższej próby, chronią arcydzieło brytyjskiego preimpresjonizmu, inspirowanego prowansalskim krajobrazem. „Południe w Couleurs” to w istocie temat banalny, podejmowany tysiące razy, przez setki malarzy. Złociste pole jęczmienia, rozgrzane stojącym wysoko słońcem i zamykający perspektywę sosnowy las. Takie miejsca można znaleźć wszędzie, gdziekolwiek uprawia się jęczmień i rosną sosny. Ale jest w tym obrazie coś, co sprawia, że czujemy Prowansję – magiczną krainę gdzie Celtowie spotkali świat Owidiusza. Miejsce, które według tradycji uwiecznił Painose w swoim obrazie można do dziś podziwiać na zboczu jednego ze wzgórz otaczających niewielka wioskę Couleurs w północno-zachodniej Prowansji. Zwyczajowo to wójt, od ponad dwudziestu lat, zapewnia środki na utrzymanie historycznego pola i obsiewanie go co roku jęczmieniem, a całkiem niedawno za fundusze gminy wytyczono ścieżkę prowadzącą z centrum wioski i postawiono odpowiednie tablice informacyjne. Czasem z tych udogodnień korzystają turyści, nastawieni na zwiedzanie mniej oklepanych atrakcji Prowansji. Jednak turystów spotyka się tutaj rzadko. Niewielkie i nieistotne Couleurs nie zasłużyły bowiem na wzmiankę w popularnych przewodnikach po tej części Francji, ustępując pola o wiele bardziej znaczącym miejscom, a także, co oczywiste, opisom niezliczonych lokali serwujących wspaniałą miejscową kuchnię i równie znakomite wina. Jednak jest właśnie tak, że stojąc pod tablicą informacyjną poświęconą najbardziej francuskiemu malarzowi Prowansji, na wzgórzu ponad wioską, patrzymy na to samo miejsce, które malował Painose. Więcej – stoimy dokładnie w tym samym miejscu, gdzie zwykł stawiać swoje sztalugi. „Południe w Couleurs” powstawało przez prawie trzy tygodnie. Tutaj malarz, po wypiciu przedpołudniowej kawy, przyniesionej przez Annę, córkę młynarza, kładł niepewnymi pociągnięciami pędzla nowe kolory. Tak niedawno przyjechał z mglistych, wilgotnych Wysp i jeszcze nie przywykł do jaskrawych barw południa. Onieśmielało go słońce Prowansji, odbite od dojrzewających kłosów zboża i delikatnie złamane w koronach sosen. Wiele razy skłonny był przyznać, że temat przerósł jego umiejętności, talent i wytrwałość. W międzyczasie namalował kilka mniej rozsłonecznionych, stonowanych pejzaży, dla których plenery dobierał w zacienionych dolinach, nad cichymi, cierpliwymi strumieniami. Zawsze jednak wracał, aby znowu spróbować. Wielki słomkowy kapelusz, suche, gorące, nieruchome powietrze, rozgrzane zboże i zagubiony wśród swoich wątpliwości Anglik – to już nie wróci, ale może być wciąż odnalezione w obrazie. Kochali się z Anną wśród rozgrzanego jęczmienia, pod bezchmurnym niebem Prowansji, w samo południe, w samym środku lipca. Następnego dnia przyniosła mu, oprócz porannej kawy, słoiczek prawdziwej złotej farby, ukradzionej z miejscowej parafii. Służyła do malowania aureoli świętych drewnianych figur. Właśnie to złoto, obecne w kłosach jęczmienia, nadaje do dziś specyficzny urok obrazowi. I dzięki złotu obraz nie poddaje się łatwo próbom kopiowania, a reprodukcje nie są w stanie uchwycić jego istoty. Kochali się tylko raz. Kilka dni później Albert skończył „Południe w Couleurs”, a wówczas zerwał się chłodny, zachodni wiatr. Było to dokładnie w południe, Anna po raz pierwszy spóźniła się z kawą, a kiedy zadowolony malarz delektował się jej aromatem powiedziała, że Jacques będzie jej mężem. Prawdopodobnie już wkrótce Albert będzie musiał wynająć kwaterę gdzieś indziej, bo jego pokój u młynarza zajmą nowożeńcy. Gdy Anna niespokojnie zapytała co się stało, Painose odpowiedział, że właśnie skończył ten przeklęty obraz, a po chwili na płótnie umieścił jedno krótkie zdanie. Jak wszyscy interesujący się brytyjskim preimpresjonizmem wiedzą, zdanie to znajduje się w lewym dolnym rogu obrazu „Południe w Couleurs”, zastępując tam typową sygnaturę artysty. Warto odwiedzić letnią rezydencję rodu Lourwick w Mourne, kilkanaście mil na południe od Yorku, choćby po to, by przeczytać mające już ponad sto lat wyznanie: je ne pleure pas.
start/początek
|
 
 bajka na dziś
 według numerów
 kronika stron
 napisz do mnie
 anatomia
kolejne linki wkrótce ...
|